5 kłamstw, które powiesz jeśli (nie) chcesz się odchudzać

Każdy kto chce zacząć odchudzanie lub jakikolwiek inny projekt zastanawia się nad tematem motywacji. Utarło się, że trzeba ją mieć do tego, by coś robić. Skąd więc czerpać pokłady motywacji? Albo inaczej. Czy naprawdę potrzebna jest Ci motywacja, by się odchudzać? W tym tekście poznasz 5 kłamstw, które mówiłam i wielokrotnie słyszałam od osób, które chciały schudnąć.

We wpisie ”Jak zdobyć złoto olimpijskie?” napisałam 5 mitów odchudzania moim okiem. Były to:

  1. Wszystko zależy od genów…
  2. Jedz produkty FIT
  3. Zbilansowana dieta
  4. Muszę być FIT i robić to co inni
  5. Waga nie kłamie

W tym artykule przeczytasz kolejne 5. Jeśli jesteś tutaj po raz pierwszy lub nie znasz treści wyżej wspomnianego wpisu, to zachęcam przeczytać chociaż wstęp. Historia Dicka Fosbury’ego idealnie pasuje do obalania mitów i szukania rozwiązań innych niż wszystkie popularne. Mnie osobiście pomogła zrozumieć, że nie wszystko musi być takie jakim wydaje się na pierwszy rzut oka.

Tyle tytułem wstępu. Nie pozostaje nic innego jak przejść do kolejnej piątki.

Czy tu jest pies pogrzebany?

Brakuje mi motywacji, by coś ze sobą zrobić…

Długo zastanawiałam się jak zacząć ten wpis. W nim oprzemy się na temacie, który często pojawia się w pytaniach jakie otrzymuje. Motywacja. Drugim (i moim zdaniem powiązanym z pierwszym) jest czas. Ludzie szukają rozwiązań swojego problemu. Chcą znaleźć czas i chęci do ćwiczeń oraz zmiany nawyków. Zaobserwowałam w moim otoczeniu, że według wielu to w tych obszarach pies jest pogrzebany.

Zacznijmy od samej motywacji. Przypominam sobie momenty w życiu, gdy była ona u mnie na najwyższym poziomie. Co lepsze, była niesamowicie naturalna. Gdy byłam dzieckiem nikt nie musiał namawiać mnie do aktywności. Brałam piłkę i wychodziłam pod blok pograć z koleżankami. Gdy na podwórku nikogo nie było, samotnie obijałam piłką o ścianę. Moimi ulubionymi sportami była siatkówka i piłka nożna. Nie przejmowałam się tym jak mi idzie. Zwyczajnie chciałam to robić nawet jeśli nie zawsze mi wychodziło. Gdybym miała nakreślić na osi czasu moją przygodę z odbijaniem piłki (czy to stopami, czy rękami) zauważam, że im dalej z wiekiem tym było z tym coraz gorzej.

Sport dawał mi zwyczajnie radochę i to było wystarczającą motywacją do tego, żeby wyjść na podwórko. Komuś może wydawać się to dziwne i powie: No dobra Anka, ale słuchaj. Teraz aktywność też daje mi radość, ale jakoś nie mogę się zebrać, by robić to częściej, tak jak robiłam wcześniej. A ja powiem, że to normalne. Do czego zmierzam? Już wyjaśniam.

Gdy byłam dzieckiem, później nastolatką było to jedną z niewielu rzeczy, którymi miałam zawalony grafik. Wystarczyło wstać rano, iść do szkoły, wrócić i przy dobrym ogarnięciu lekcji można było szaleć na podwórku do woli. Poza tym wiadomo, że energii zawsze dzieciom starcza na wiele. Czytające to mamy na pewno mogą to potwierdzić w komentarzach. Do tego młode organizmy zawsze regenerują się bardzo szybko. Motywacja jaką była radość do uprawiania sportu zupełnie wystarczała do tego, by robić coś non stop po kilka godzin dziennie. Nawet codziennie! Przy wakacjach, to już w ogóle, gdzie to było jedynym zajęciem.

Teraz dla kontrastu wyobraź sobie, jak wyglądał mój dzień, gdy już jako studentka pracowałam w Anglii. Pobudka o 4 rano. Szybko jedzone śniadanie. W międzyczasie robiłam kanapki na 12 godzin pracy. O 5 wymarsz na transport. Dojeżdżałam jakieś 30 minut. Zmiana trwała od 6 do 18. Z dojazdem wychodziło około 14 godzin poza domem. Po powrocie szybki wypad na zakupy. Później zazwyczaj robiłam posiłki na 2-3 dni, by tylko móc je odgrzać i zjeść. Po takim dniu tylko marzyłam zawsze o kąpieli i łóżku. Zwyczajnie chciałam odpocząć. Zazwyczaj pracowałam 6 dni w tygodniu, ale zdarzało się i 7. Tak mijały dni z niewielkimi zmianami. Czasem zdarzyło się wyjść wcześniej, ale wtedy po prostu miało się więcej czasu na odpoczynek. Po takim tygodniu, kiedy miałam wolną niedziele, nie chciało mi się nic robić. Tylko leżałam. Ciężko było mnie wtedy namówić na wypad na miasto. Czy to znaczy, że nie miałam motywacji do uprawiania sportu? Pewnie, że miałam. Znałam korzyści jakie z tego płyną i nadal lubiłam to robić. Zmiana priorytetów i inne motywacje wymusiły na mnie zmianę stylu życia. To spowodowało zmiany fizyczne, które możecie zobaczyć na moich starych zdjęciach. 

Teraz wyobraźmy sobie, jak może wyglądać Twoja sytuacja. Być może jesteś jak ja kobietą. Może jesteś facetem. To bez różnicy. Wstajesz rano. Jeśli masz dzieci, to musisz się nimi zająć. Tutaj dochodzi dwa razy więcej energii. Odwieźć do przedszkola albo szkoły. Później do roboty na 8-12 godzin pracy. Czasem dostajesz nadgodziny. Za coś rachunki trzeba zapłacić. W domu od czasu do czasu trzeba ogarnąć. Jeść też coś trzeba. Do tego wpisz jeszcze inne obowiązki. Dodaj obiadki u rodziny albo inne sprawy, które też w tygodniu trzeba zwyczajnie zaliczyć. Wywiadówki, spotkania spółdzielni, wypad do kościoła i inne rzeczy.

Dodatkowo podejmujesz decyzje, że pora ogarnąć się i chcesz poprawić swoją sylwetkę. Chcesz się lepiej czuć. Może atrakcyjniej, może dla zdrowia. No i jakoś po takim ciężkim dniu nie masz motywacji… To znaczy wydaje Ci się, że nie masz. Nie bierzesz pod uwagę, że cały dzień lub tydzień kosztował Cię masę motywacji, energii i wszystkiego innego. Po prostu Twój bak z tymi (nazwijmy to) zasobami, na ten moment się wyczerpał. Ale mimo to, szukasz jakiś inspirujących rzeczy, bo musisz się zmotywować do tego, by coś ze sobą zrobić. Uważasz, że to spowoduje rozwiązanie Twojego problemu.

Krótko mówiąc – Powodzenia! Trzymam za Ciebie kciuki, ale moim zdaniem nie wyrobisz. W mojej opinii, nawet jeśli coś zaczniesz, to nie dokończysz. Jestem niemal pewna, że odpuścisz i stwierdzisz, że porażka jest spowodowana brakiem motywacji. Nie przyjdzie Ci do głowy, że motywacji masz już bardzo dużo i zwyczajnie wybierasz priorytety. Wybierasz rzeczy, które trzeba zrobić w Twojej opinii w pierwszej kolejności. Możesz nadal lubić wyjście na siłownie, koszykówkę, czy cokolwiek innego, ale masz tak napięty grafik, który kosztuje Cię tyle czasu i energii, że nie jesteś w stanie tego robić tak często jak kiedyś. Nawet jeśli nigdy nie przepadałaś za ruchem, to być może chciałabyś spróbować. Zamiast tego naturalnym wyborem będzie zwyczajnie położyć się i zregenerować przed nowym tygodniem. Faceci są w tym mistrzami 😀 Dlatego drogie Panie, nie złośćcie się na swojego samca, tylko bierzcie przykład i wrzućcie czasem na luz 😉

Rozwiązania szukałabym w lepszej organizacji, zarządzaniu sobą w czasie i ustaleniu priorytetów w życiu. Jeśli są ważniejsze sprawy na ten moment, to nie ma sensu załamywać się i samobiczować, że nie jesteś w stanie codziennie ostro ćwiczyć oraz stosować do restrykcyjnych diet.

Kupisz telewizor na raty?

Może bym wzięła się za siebie, ale to wymaga masy czasu i energii.

No dobra, czyli masz tak zawalony grafik i  jesteś tym usprawiedliwiona. Możesz z czystym sumieniem zasiąść do ulubionego serialu z pudełkiem lodów? Pewnie, że możesz. Nikt Ci nie broni. Zanim to jednak zrobisz chcę Ci coś pokazać.

Gdybym powiedziała Ci, żeby schudnąć trzeba ćwiczyć codziennie po minimum godzinę przez okres iluś lat, a do tego trzeba trzymać restrykcyjną dietę i wydać masę kasy na suplementy, czy miałabyś ochotę ćwiczyć? Być może znaleźliby się śmiałkowie, którzy chcieliby spróbować sprostać takiemu wyzwaniu. Podejrzewam, że na pewno by się znaleźli i znajdują. Dla nich wszystkich czapki z głów. Wiele takich osób pewnie podziwiasz i oglądanie ich przyprawia o delikatne uczucie zazdrości i niestety trochę dołuje. Ile razy już słyszałam – Łoooo! Patrz! Też chce mieć taki brzuch!

Pamiętaj, że nie jesteś w takiej sytuacji jak inna osoba, którą obserwujesz. Nie wiesz jak wygląda jej życie, a ona nie wie jak wygląda Twoje. Ty możesz się dołować, że nie ćwiczysz codziennie, bo masz szereg obowiązków na głowie. Porównasz się do osoby, która zawodowo ćwiczy i to jej zarobkowe zajęcie. Daję sobie uciąć rękę, że jeśli poprosiłabyś każdą z tych osób o pomoc, to otrzymasz na początku szereg pytań, które pomogłyby znaleźć coś odpowiedniego dla Ciebie. Czegoś dopasowanego do Twoich możliwości finansowych, czasowych i ”chęciowych” 😉

Pewnie zastanawiasz się jak sama to rozwiązałam. Już wyjaśniam.

W pierwszej kolejności zrobiłam oczywiście coś mega głupiego. Przez miesiąc narzuciłam sobie bardzo duży rygor. Ćwiczyłam bardzo intensywnie. Ignorowałam sygnały wysyłane od mojego ciała na temat zmęczenia i złego samopoczucia. Na własnej skórze chciałam przetestować, czy jestem taka mocna. Oczywiście wiedziałam, że jestem: Ja tego nie zrobię? Potrzymaj mi piwo!  Ten punkt sobie daruj! 🙂

Po drugie i najważniejsze, ktoś bardzo mądry przekonał mnie, że regeneracja jest bardzo ważna i zaproponował mi, żebym wzięła trening na raty. Jak telewizor. Na czym to polegało?

Istnieje różnica w podejściu do czasu, który musisz poświęcić na ćwiczenia. Jeśli powiem Ci, że najlepsze efekty osiągnęłam ćwicząc od 6 miesięcy, to możesz się zniechęcić. To długo. Pomyślisz: Może to mniej, niż kilka lat, ale nie wiem czy wytrwam. Przyjmiesz to łatwiej, gdy powiem, że ćwiczę 2 razy w tygodniu po 20 minut. A gdybym napisała nagłówek tego wpisu: 40 MINUT DO LEPSZEJ SYLWETKI, to będziesz walić drzwiami i oknami, by dowiedzieć się co zrobiłam. Tą samą strategię wykorzystują firmy udzielające pożyczek lub pozwalające brać rzeczy na raty. Być może nie masz na tą chwilę 3000 PLN na nowy telewizor, ale 270 PLN miesięcznie już może znajdziesz. W tym będzie miesięczny koszt pożyczki i wszyscy będą zadowoleni pod warunkiem, że to spłacisz 😀

Mówisz: To wymaga masy czasu i energii. Masz całkowitą rację. Ale warto zwrócić uwagę, że wychodzi to w dłuższej perspektywie. Jak kropla, która przez wiele lat drąży skałę, tak Twoje ćwiczenia po jakimś okresie przyniosą równie zadziwiające efekty. Suma wszystkich Twoich działań przyniesie wynik w postaci zmiany. Na swoim przykładzie wiem, że powiedzenie nie mam czasu na ćwiczenia jest słabe. Nie znajdziesz 10-20 minut na ćwiczenia? I to nie codziennie, tylko dwa razy w tygodniu?

Czego można się więc nauczyć od mega kozaków świata fitnessu? Oni płacą raty w terminie, czyli ćwiczą regularnie mimo tego, że ich koszty są ogromne. Tak jak wspomniałam wyżej. Poświęć dwa dni w tygodniu na ćwiczenia po kilka minut. Pamiętaj, że tu chodzi o cierpliwość i dłuższą perspektywę. Nikt nie każe Ci kupować pięknej posiadłości, czyli nikt nie każe Ci ćwiczyć codziennie po kilka godzin. Wystarczy małymi krokami coś zmieniać. Zacznij od telewizora na raty 😉

Czy schudnę od kopania ogródka?

Jak będę jeździć na rolkach i grać w siatkówkę to schudnę.

No dobra. Wszystko fajnie, ładnie. Tylko, że ja nie lubię ćwiczyć. Nie wystarczy, że pójdę jak kiedyś pograć w piłkę z innymi, na rower albo na basen? Sama napisałaś, że kiedyś odbijałaś piłkę całymi dniami, a teraz uprawiasz futbol. 

Tak napisałam, ale to nie znaczy, że wtedy na co dzień dobrze się czułam i wyglądałam. Co do piłki nożnej, oczywiście wymaga ona masy umiejętności i zdolności fizycznych jeśli chce się ją uprawiać na wysokim szczeblu. Gdy oglądasz Roberta Lewandowskiego, to widzisz jak jest zbudowany, ile razy skacze, biega i wykonuje sprinty, ale to nie znaczy, że jeśli chcesz wyglądać jak on, to musisz ćwiczyć jego rzemiosło. Gwarantuje Ci, że za jego sylwetką stoi sztab ludzi, którzy monitorują każdą zmianę w jego ciele. Poza tym ja z moim kopaniem w obecnym wieku to rekreacja i nie różni się to niczym od wyjścia z babcią do ogródka.

Wyjaśnijmy sobie jedno…

Rekreacja to ogólna aktywność poza Twoimi codziennymi obowiązkami, która jest wykonywana w celu doskonalenia umiejętności, rozwoju osobowości, ale przede wszystkim dla rozrywki i lepszego samopoczucia. To coś, co robisz w czasie wolnym i nikt Cię do tego nie zmusza. Dla przykładu: mam ochotę i trochę czasu więc jadę na siatkę z koleżankami, ukopać ogródek albo pozbierać kwiatki na łące. Nie jestem zobowiązana robić tego regularnie. Robię, gdy najdzie mnie ochota.

Lubisz pielęgnować swój ogródek. Wiem, że wymaga to masy czasu i energii. Nieźle trzeba się namęczyć, żeby było widać efekt. Spocisz się, umęczysz, ale nie oczekuj, że schudniesz kilka centymetrów w talii. Poza tym nie masz co marudzić. Przecież robisz to z własnej i nieprzymuszonej woli. Przecież to daje Ci największą radochę. W miejsce ogródka wstaw sobie cokolwiek lubisz. Niech będzie to siatkówka, piłka nożna, koszykówka, czy rolki. Może być spacer z psem albo puszczanie latawca. Nie schudniesz tylko od tego. Żeby schudnąć trzeba już ćwiczyć.

Ćwiczenia to wykonywanie jasno określonych rzeczy w jak najbardziej skuteczny sposób, aby osiągnąć zamierzony cel. To coś, co nie zawsze robisz z nieprzymuszonej woli, bo może Ci się nie chcieć, ale wiesz, że trzeba to zrobić, by osiągnąć zamierzony efekt. Dla przykładu niech to będzie wciśnięcie się w ubrania rozmiar mniejsze. Ćwiczenia wykonujesz o określonej porze i regularnie.

W tym momencie łatwo wpaść w kolejną pułapkę, w którą sama wpadłam, gdy ćwiczyłam codziennie. Pisałam o tym w poprzednim micie. Ćwiczenia musimy podzielić na takie, które mają pomóc w rozwoju konkretnej umiejętności oraz na takie, które pomagają osiągnąć pewne zmiany fizyczne. O co chodzi?

Jeśli chce świetnie prowadzić piłkę na boisku, gdy uprawiam futbol, to wykonuje ćwiczenia, które mi w tym pomogą. By robić to jak najlepiej muszę ćwiczyć jak najwięcej. Im więcej czasu na to poświęcę, tym szybciej mi to przyjdzie. Czasem nawet już mam dość, ale zmuszam się by wykonać jeszcze parę powtórzeń. Muszę zapamiętać jak wykonać tą czynność. To samo możemy odnieść do gry na gitarze, pisania tekstów, tańca i wielu innych rzeczy, gdzie liczy się umiejętność i doskonalenie rzemiosła. To jest ćwiczenie umiejętności.

I tutaj wpadłam w pułapkę. Myślałam, że tak samo sprawa ma się w ćwiczeniach, które mają pomóc mi schudnąć. Ćwiczyłam codziennie i to w takich ilościach, że aż padałam na matę do ćwiczeń. Mój organizm źle to znosił. Nie czułam się za dobrze. Efekty, które się pojawiały nie dawały mi radości. Odczuwałam różne dolegliwości i stwierdziłam, że lepiej dać sobie spokój i że to zbyt duża cena nawet za fajną sylwetkę.

Wszystko odwróciło się, gdy znalazłam odpowiedni dla mnie program ćwiczeń. Był przede wszystkim dopasowany do mnie i do moich możliwości. Rozumiał, że ćwiczenia siłowe wymagają odpoczynku. Ja nazywam je po prostu ćwiczeniami fizycznymi. Zawsze łatwiej mi wtedy zrozumieć różnicę między tym jak robię pompki, a gdy staram się celnie oddać strzał do bramki.

Jaki z tego wniosek? Tak jak ja nie osiągnęłam spektakularnych efektów od odbijania piłki o ścianę, tak Ty nie zejdziesz o rozmiar mniej, gdy będziesz kopać ogródek.

Dlaczego nie ćwiczysz na siłowni?!

Nie lubię siłowni, a żeby schudnąć trzeba ćwiczyć na siłowni.

Dobra! Ustaliliśmy, że tylko ćwiczenia pomogą jeśli chcesz zejść parę centymetrów w obwodach.  To teraz nic tylko kupić karnet na siłownię i sprawa załatwiona! Czujesz już jak te centymetry uciekają z Twojej talii? Bo ja nie. Dlaczego?

Szczerze? Nie wiem. Nigdy nie ciągnęło mnie do siłowni. Zawsze denerwuje mnie jak z kimś rozmawiam i mówię, że lecę poćwiczyć to słyszę: Aaa! To na siłkę lecisz? W samym tym nie ma nic złego. Tak się utarło, że jeśli ćwiczysz to na siłowni. Wkurza mnie moment po tym, gdy zaprzeczę i słyszę mały wykład i pouczanie na temat odchudzania. Szkoda, że 90% tych osób ma efekty gorsze ode mnie i myślę, że sami nie stosują się do tych metod, które tak żarliwie polecają. W sumie to bez znaczenia jaką metodę treningu wybierzesz. Bez względu na to czy wybierzesz wolne ciężary, maszyny, kettlebell, czy kalistenikę (albo jeszcze inną metodę) najważniejsze jest by robić to z głową. Bez cierpliwości i ”płacenia rat” nie będzie efektów w żadnym treningu.

Zaznaczam, że nie mam nic do ludzi, którzy chodzą na siłownię. Podziwiam każdą osobę ruszająca się z kanapy i chcącą coś zmienić. Osobiście przeszkadzają mi dwie rzeczy. Jedną opisałam wyżej. Drugą jest fakt, że nie każdy, kto ćwiczy na siłowni robi to z głową. Jeśli już chcesz ćwiczyć na siłce, to proszę Cię, poproś o radę kogoś kto się na tym naprawdę zna. Wynajmij trenera, poczytaj jakieś książki na ten temat, nie ograniczaj się tylko do internetu. Odżałuj trochę pieniędzy i zrób to dla swojego bezpieczeństwa. Uważam, że ćwiczenia z ciężarami to nie są żarty i warto poświęcić trochę nie tylko dla efektów, ale także zwyczajnie dla zdrowia. Z resztą tu nie chodzi tylko o ciężary. Zrób to ogólnie jeśli chcesz ćwiczyć bez względu na metodę!

Mnie osobiście trening na siłowni się nie podoba. To nie znaczy, że go nie polecam. Zrobisz jak uważasz. Może warto spróbować. Każdemu podoba się coś innego. Ja szczerze i bez bicia przyznam, że na siłowni byłam raz. Nie podobało mi się z najprostszej przyczyny, którą też być może odczuwasz. Był to wstyd. Nie czułam się tam zbyt dobrze, bo sama nie czułam się atrakcyjnie. Każda osoba, która się na mnie patrzyła przyprawiała o milion myśli na minutę. Nie mogłam się przez to skupić na tym co mam zrobić, bo czułam te wszystkie oczy wpatrzone w mój wielki tyłek 😀

Jeśli nie lubisz siłowni, to nic straconego. Jest masa alternatyw, które mogą Ci pomóc rozwiązać Twój problem. Ja osobiście mogę Ci polecić ćwiczenia z wykorzystaniem ciężaru własnego ciała. Wykonuję je od około dwóch lat i z nimi osiągałam najlepsze efekty. Zaletą tego rodzaju jest praktyczny brak sprzętu, bo za niego robi Twoje własne ciało z pomocą krzesła, stołu, murku, ławki, ściany, drzewa. Wszystkiego czego chcesz. Ćwiczenia można wykonać bez ruszania się z domu lub w przydomowym ogródku. Ale to też nie znaczy, że skoro ćwiczysz w domu, to nie masz się dowiedzieć jak to robić bezpiecznie dla zdrowia!

Kiedyś myślałam, że trening można zrobić tylko na siłowni, czy w klubie fitness. Przez to sama się wpędziłam w pułapkę, że nie mam gdzie ćwiczyć, przez co pozbawiłam się szansy na jakikolwiek efekt. Całe szczęście spróbowałam czegoś innego. Zrozumiałam, że to mit. Teraz regularnie ćwiczę robiąc lżejsze odmiany pompek, podciągnięć i przysiadów.

Instrukcja obsługi?! A komu to potrzebne?!

Jak kupię ten produkt, to biorę się za siebie!

Na koniec moje ulubione! Pamiętam jak obejrzałam jakąś reklamę cudownego produktu na odchudzanie i obiecywałam sobie, że jeśli tylko go kupię, to wezmę się za siebie. Do dziś nie wiem, co to miało znaczyć. Przecież nie ćwiczyłam po wkrętce, że można to robić tylko na siłowni. Nawet jeśli bym chciała, to i tak w mojej miejscowości nie było siłowni. Wierzyłam, że schudnę od samej rekreacji więc chyba miałam na myśli, że okrążę świat na rolkach.

Złotym rozwiązaniem wydawały się produkty reklamowane w telewizji i internecie. Zamawiałam naprawdę różne rzeczy. Spalacze tłuszczu, pasy do odchudzania, czy takie elektryczne motylki, które miały chudnąć za mnie! Gdy widziałam jak idzie listonosz osiedlem, to już czułam jak tracę centymetry. Później siadałam przed telewizorem. Stosowałam produkt, czy to mechaniczny, czy suplement. Nie czytałam instrukcji! Komu to potrzebne?! W reklamie przecież mówili, że miesiąc stosowania już daje efekty! Podpinasz albo łykasz, siadasz i samo się robi!

Muszę wam się przyznać, że pisząc to mam niezły ubaw, ale z drugiej strony jestem strasznie zażenowana i mi wstyd.

Największym błędem jaki popełniłam nie była ślepa wiara w reklamy. Żyjemy w czasach, gdzie naturalną rzeczą jest sprzedaż. Każdy sprzedaje. Produkty i usługi są przedstawiane w taki sposób, aby ktoś kupił. Naturalne jest, że każdy chce zarobić. Nikt nie produkuje po to, by nic z tego nie mieć. Jeśli masz jakąś firmę to logiczne, że chcesz mieć jak najwięcej klientów. Tak samo nikt nie powie w reklamie, że to co zrobił jest do dupy. To mijałoby się z celem.

Moim błędem była wiara, że bez żadnego wysiłku osiągnę jakiekolwiek efekty. Wszędzie spotykana gadka marketingowa codziennie podsuwa nam tysiące rozwiązań naszych problemów. Klucz do ich rozwiązania leży jednak po naszej stronie, a przedstawiane produkty mogą jedynie być jednym z wielu narzędzi, które pomogą nam, ale tylko w określonych warunkach.

Nigdy nie czytamy instrukcji obsługi, bo uważamy się za mądrzejszych. Na każdym suplemencie jest napisane wyraźnie coś w stylu: SUPLEMENT DIETY JEST DODATKIEM DO ZBILANSOWANEJ DIETY I AKTYWNOŚCI FIZYCZNEJ.

O ile ze stwierdzeniem zbilansowanej diety się nie zgadzam, (o czym pisałam poprzednio) to najważniejsza informacja zawiera się w samej nazwie produktu. Suplement to uzupełnienie. Nie jest podstawą i nie sprawi, że z miejsca jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dostaniemy efekt. My jednak tego nie rozumiemy lub nie chcemy zrozumieć, bo to pozostawia wygodną furtkę do tego, by zwalić winę za nasze niepowodzenia na coś innego.

Na koniec jeszcze jedno…

Dziękuję Ci i gratuluje jeśli dotarłaś aż tutaj 🙂 Jeśli ten wpis był dla Ciebie przydatny, to gorąco zachęcam Cię do obserwacji mojego profilu na facebooku. Tam zawsze pojawiają się informacje jeśli pojawi się coś nowego na blogu. Proszę Cię także o skomentowanie tego wpisu. Co Ci się spodobało? Co się nie spodobało? Propozycje nowych wpisów lub cokolwiek innego przyjdzie Ci do głowy. Może zmagasz się z podobnymi problemami jak ja kiedyś i będę mogła opisać swoje przygody jak w przypadku suplementów 🙂 Do przeczytania!

 

 

 

 

 

 

 

 

Previous

Jak zdobyć złoto olimpijskie? – czyli 5 mitów na temat odchudzania

Next

Oto dlaczego nie schudniesz

4 Comments

  1. KB

    Bardzo ciekawy tekst. Sama popełniałam podobne błędy. Czekam na kolejny z niecierpliwością.

    • Anna Grudzień

      Dzięki KB za komentarz!
      To na pewno zmotywuje mnie do pisania kolejnych tekstów 😉 Cieszę się, że to co robię komuś się podoba! 🙂

  2. Paula

    Interesujący wpis i fajne porównania. Czekam na zestaw ćwiczeń:)

    • Anna Grudzień

      Hej Paula!
      Bardzo dziękuję za opinię 😉 To bardzo motywuje do tego, by coś napisać do czego się zbieram. Co do zestawu ćwiczeń, to zastanawiam się nad stworzeniem grupy, w której byłyby ćwiczenia i dodatkowe materiały dla dziewczyn, które chcą coś ze sobą zrobić. Być może przyjdzie na to pora jak blog skupi większe grono czytelniczek i czytelników 🙂
      Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén