Jesteś tym co jesz! Tak mocne hasło promuje tysiące produktów. Czy mam dane? Tak! Wyssałam z palca. Nie oszukujmy się. To stwierdzenie jest tak popularne, że pasuje niemal do każdego materiału marketingowego, który promuje zdrowy styl życia. Trudno się nie zgodzić z jego treścią. Na dowód tego – jak jadłam dużo pączków, to wyglądałam jak pączek 😀 Wiele razy pewnie łapiesz się na tym, że usprawiedliwiasz swoje wybory w codziennej diecie tą maksymą? A co jeśli mimo  starań i chęci Twoja dieta nie przynosi pożądanych efektów? Co jeśli ciągle katujesz się wszelkiego rodzaju programami ćwiczeń bez żadnego efektu?

O co w tym wszystkim chodzi?

Widzisz, jesteśmy jako ludzie bardzo niecierpliwi. Żyjemy w czasach, gdzie wszystko musi być natychmiast. Chcemy otrzymać magiczną pigułkę. Rozwiązanie na już. Zupełnie jakby przeczytanie jakiegoś artykułu lub łyknięcie dowolnego suplementu miało zadziałać jak dotknięcie czarodziejskiej różdżki. W efekcie tego narzucamy niepotrzebną presję. Bardzo chcemy osiągnąć widoczne rezultaty na naszym ciele, ale paradoksalnie to w niczym nie pomaga. Dlaczego?

Mogę wyróżnić kilka powodów (lub więcej) i o każdym z nich można napisać oddzielny wpis. Wszystkie przyczyny będą opisane w mojej opinii i tak pobieżnie. Jedziemy! 😉

Każdy z nas jest wyjątkowy

To pewne. Niemal wszyscy ludzie tak o sobie myślą. Ma to potwierdzenie w tym, że świat ma tyle różnych odcieni i różnic. Często zastanawiasz się, dlaczego tak ciężko znaleźć osobę, z którą nadajesz na tych samych falach? Masz czasem wrażenie, że mało kto Cię rozumie? Tylko, że ten wpis nie jest o tym. Jest o pułapce, w którą można wpaść przez to, że w taki sposób myślimy. Ale co to ma do odchudzania?!

Ten wzór zachowania można zauważyć niemal za każdym razem, gdy ktoś ma problem. Moim było zrzucenie zbędnych kilogramów. Uważałam się za pępek świata. Miałam obsesję, że każdy odbiera mnie tylko z perspektywy tego jak wyglądam. Dodatkowo wmawiałam sobie, że tylko ja mam taki problem. W mojej głowie istniało milion myśli na temat osób, które też się odchudzają. Oczywiście myślałam, że one mają łatwiej. Łykałam i sama wymyślałam wszystkie mity, które miałyby usprawiedliwić mój wygląd. Zawsze kończyło się to jednym. Poprawianiem sobie humoru słodyczami i wpadaniem od nowa w błędne koło 😉

Po skosztowaniu minimum pięciu najpopularniejszych batonów i popiciu ich energetykami, dochodziłam do wniosku, że przesadziłam. Pojawiały się wyrzuty sumienia. Wiązało się to z kolejnym już postanowieniem, że trzeba coś z tym zrobić i tak to wyglądać nie może. Punkt pierwszy – głodówka, bo przecież dzień wcześniej pochłonęłam tyle kalorii, a wszyscy liczą kalorie więc trzeba przystopować z ich wchłanianiem. Po drugie – trzeba pogrzebać w internecie. Przecież tym razem znajdę magiczne rozwiązanie! Jakiś suplement albo pas na odchudzanie! Kup teraz! Po trzecie – kładłam się na kanapie i odpalałam nowy produkt. Do tego jakiś serial lub ”Łabędziem być” w telewizorze. Po czwarte – nie widzę efektów i to nie działa  więc wymyślę jakiś mit albo skorzystam z wachlarza najpopularniejszych, by stwierdzić, że to nie moja wina i zjem batona, by poprawić sobie humor! 😀

Najgorsze w byciu ”wyjątkowym” było to, że nie byłam świadoma istnienia rozwiązań mojego problemu. Wiadomo, że o jakiś tam słyszałam. Ale co z tego? Przecież tylko ja nie mogę schudnąć. A tak zupełnie poważnie. Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale w przeciągu najbliższych lat co czwarta osoba na świecie będzie cierpieć na nadwagę lub otyłość. Tak wielki procent ludności oczywiście pokazuje, że zrobiliśmy coś nie tak jako ludzie i nie ma powodu do dumy. Patrząc jednak z drugiej strony pewne jest, że masa osób dała sobie radę z tym problemem i wie co trzeba zrobić. No nie? Przecież czytasz ten wpis i masę innych artykułów na temat odchudzania. Nie jesteś jedyną osobą, która walczy i nie jesteś jedyną osobą, która może wygrać ze zbędnymi kilogramami. Musisz tylko mieć tego świadomość i nie wymyślać koła na nowo. Rozwiązania już istnieją. W końcu sama doszłam do takich wniosków i rozpoczęłam poszukiwania.

Kurła! Ja wiem lepiej!

Zaczęło się tak jak u wielu osób. Internet. Najszybsze źródło informacji. Pierwszych porad zaczęłam poszukiwać na forach. Facebook nie był normą w Polsce jak teraz, a na najpopularniejszej wtedy Naszej-Klasie nie mogłam znaleźć niczego dla siebie. Najbardziej wiarygodnym źródłem wiedzy wydawały mi się kolorowe pisma z krzykliwymi nagłówkami w stylu ”15 minut do płaskiego brzucha” lub ”wygraj walkę o swoje ciało!”. Zaczęłam powiększać w ten sposób swoją (nazwijmy to) ”wiedzę”.

Umówmy się. Nie neguje tego co jest napisane w tych pismach. Jestem za cienka w uszach, żeby oceniać jednego, czy drugiego trenera udzielającego tam wywiadu. Gdybym wiedziała wtedy co wiem dziś, to potraktowałabym każde z tych pism jak Panoramę Firm lub gazetę z ogłoszeniami. Jako miejsce gdzie reklamują się specjaliści w danej branży i dają fragmencik swojej wiedzy, by zachęcić osoby mające jakiś problem do współpracy. I tu pojawił się problem. Współpraca. Zatrudnienie fachowca nie mieściło mi się w głowie. Dlaczego? Spójrz na zdjęcie przy tym artykule 😀

Osoby, które nie rozumieją co ma wspólnego małpa o nazwie nosacz sundajski z moim podejściem do odchudzania, to już szybko tłumaczę. Memy z fotografiami tego gatunku małpy wyśmiewają podejście stereotypowego Polaka do wielu spraw. By dowiedzieć się więcej obejrzyj kilka z nich.

Skoro przeczytałam tyle artykułów i porad na forach, to po co miałam zapytać kogoś kto się na tym zna? Przecież powiedziałby mi to samo, a jeszcze bym musiała zapłacić. Proste, nie? Co z tego, że w gazecie był fragment wiedzy. Co z tego, że może nie była dostosowana do moich potrzeb. Co z tego, że mogłam coś schrzanić przy tworzeniu posiłków lub wykonywać ćwiczenia źle technicznie. Najważniejsze, że było za darmo! Przecież musiałam zaoszczędzić pieniądze, żeby kupić jakiś suplement! 😀 Wychodzi na to, że to kolejny wpis, w którym opisuje jakie głupoty robiłam… Nie róbcie tak! Proszę Was!

Wstyd i wydziwianie

Tak! Byłam jak Małpa Polak. W sumie to zdarza mi się być nią ciągle w pewnych sytuacjach. Smutne, ale prawdziwe 😉 Wróćmy jednak do przeszłości. Pewnego dnia dostałam wiadomość na jakimś portalu z prośbą o oddanie głosu na mojego znajomego. Brał udział w konkursie znanego fit czasopisma, gdzie mógł wygrać sesję i okładkę w tejże gazecie. Krzysiek był mega dobrze zbudowanym gościem. Ale to w jego historii nie było najważniejsze. Tak jak ja borykał się z podobnymi problemami. Byliśmy z tej samej miejscowości, gdzie nie było siłowni. Dodatkowo również miał problem z masą ciała. Dowiedziałam się o tym wszystkim dopiero z informacji zawartych w linku, który przesłała mi koleżanka.

Wtedy pojawił się w mojej głowie misterny plan! Uwierzycie, że zamiast bezpośrednio zapytać u źródła, to ja jak idiotka pytałam wszystkich dookoła tylko nie jego. Prosiłam wspólnych znajomych, żeby się podpytali Krzyśka o jego sposoby. Jak on tego dokonał?! No jak?! Zbierałam informacje drogą pantoflową, a raczej ich strzępki. Skoro w artykule jest jakiś procent całej wiedzy danej osoby, to co może być w jednym szybkim zdaniu powiedzianym w biegu do znajomego, które ktoś mógł jeszcze przekręcić?

Różnica między mną a Krzyśkiem była bardzo widoczna i nie mam na myśli tylko wyglądu zewnętrznego! On po prostu stosował wiedzę w praktyce. Podejrzewam, że dostosowywał wszystko do siebie, eksperymentował i na pewno nie szukał wymówek. Ja nadal żyłam w świecie, gdzie przecież mam grube kości. Podejrzewam, że jak na typowego nosacza przystało negowałam jego sukces, bo przecież on na pewno miał łatwiej. Na przykład był facetem. Faceci mają na pewno łatwiej… Na pewno 😉

Ja bałam się zapytać o poradę kogoś kogo znałam. Z jednej strony rozumiem osoby, które wstydzą się zgłosić do eksperta, ale bez tego droga do wymarzonej sylwetki będzie dużo dłuższa. Ogólnie jako ludzie boimy się prosić o pomoc. Chcemy pokazać, że damy sobie radę sami i nie potrzebujemy niczyjego wsparcia. Dziś wiem, że to głupota.

Wyobraź sobie, że chcesz nauczyć się jeździć samochodem i zamiast iść na kurs prawa jazdy, to kupujesz auto i próbujesz we własnym zakresie stać się kierowcą. Jeśli wykażesz się cierpliwością, to być może po jakimś czasie uda Ci się dojść do tego jak ruszyć. Na pewno jeśli pooglądasz filmiki i poczytasz, to też jakiś wycinek wiedzy na ten temat zdobędziesz, ale najmądrzejsze rozwiązanie to zapisanie się do instruktora jazdy, który powie po kolei co i jak. Na bieżąco będzie korygował Twoje poczynania za kółkiem. Podpowie w danej sytuacji i kiedy trzeba naciśnie hamulec za Ciebie. W tej dziedzinie jest to dla nas normalne, ale w sprawach odżywiania i ćwiczeń już nie jest takie oczywiste. Niestety…

38 milionów trenerów życia

Wracając do prawa jazdy. Gdy je zrobisz, to naprawdę fajnie. Możesz odpalić samochód i ruszyć w świat, ale nie będziesz jeździć w Formule 1. Jest to poziom do którego dostają się tylko najlepsi kierowcy świata. My jednak uwielbiamy krytykować każdego i oceniać sposób w jaki jeździ. Nie zdarzyło Ci się wyzwać kogoś na drodze? Nie ograniczajmy się tylko do drogi, czy parkującego sąsiada. Krytykujmy znanego kierowcę oglądając jakiś wyścig, bo przecież my zrobilibyśmy to lepiej.

Po co szukać przykładów na drodze. Rok 2018 to  czas Mundialu w Rosji. Przecież w tym okresie każdy jest piłkarskim ekspertem. Każdy by to strzelił. Każdy by celnie podał. Każdy by zrobił wszystko lepiej. Co się tam zna facet, który robi to od lat, codziennie całymi dniami i to po kilka godzin dziennie. Jeśli mu nie wyszło, to jest idiotą. To takie proste! Ja bym mu pokazała jak się strzela! Takie podejście zajmie każda osoba przed telewizorem podczas najbliższego meczu Reprezentacji Polski i wielu innych transmitowanych w tym okresie.

Odnoszę wrażenie, że ma to przełożenie na wiele innych dziedzin życia. Na odchudzanie też. Chcecie się przekonać? Wejdźcie na dowolną facebookową grupę lub forum na temat odchudzania. Dostaniecie mnóstwo złotych rad od osób, które nie mają żadnego efektu. Co więcej, jeśli będziesz mieć inne zdanie od takiego internetowego eksperta, to możesz się przyszykować na falę pocisków nafaszerowanych wyzwiskami różnej maści. Jeśli wypowiedzi są nawet w porządku pod względem kultury osobistej, to i tak nie zmienia to faktu, że takie osoby szukają potwierdzenia tego co wiedzą u innych, zamiast wykorzystać to w praktyce. Nie stosują wiedzy na własnej skórze. Nie próbują niczego zmienić w swoim życiu lub zwyczajnie robią to nieudolnie.

To nie musi być grunt internetu. To mogą być prywatne rozmowy z innymi osobami. Syndrom trenera jest widoczny wszędzie. Ja spotykam się z nim, gdy na jakimś spotkaniu lub imprezie nie jem pewnych rzeczy. Wtedy słyszę wykłady na temat tego co jeść powinnam, a co nie. Jak tylko powiem, że do tego ćwiczę dla jakiegoś celu to pojawia się kolejna litania, która ma uszczęśliwić mnie na siłę w momencie, gdy ja w ogóle tego nie potrzebuje. Rozumiem intencje tych ludzi, ale po pierwsze nie potrzebuje tego, bo wiem co dla mnie jest dobre po tylu latach własnych porażek. Po drugie, te osoby nie mają rezultatów i same borykają się z jakimiś problemami. Jeśli jesteś taką osobą i chcesz pomóc znajomym, to mam do Ciebie gorącą prośbę. Skup się na sobie. Tym najlepiej pomożesz innym. Dzięki temu osoba, która naprawdę będzie potrzebować Twojej rady, sama być może zgłosi się do Ciebie w przyszłości, gdy zobaczy efekty zastosowania tej wiedzy.

Brak obserwacji

Anka! Ja wiem, że to przynosi efekty! Naprawdę fajnie, ale mi je pokaż. Nie mów, że to może przynieść rezultaty, tylko chce je widzieć. Zwykle, gdy to mówię ludzie się na mnie obrażają. Zarzucają mi, że przesadzam i przecież nie można tak robić.

Weź nie gadaj, że sama tak nie mówisz. Efekt ”przed i po” działa na każdego z nas i to każdego dnia. Kupujesz produkty, które działają u kogoś i widać poprawę życia. Klikasz zdjęcia na instagramie, na których jest zdjęcie przed dietą i po diecie. Przed makijażem i po makijażu. I jeszcze wiele innych. Uwielbiamy oglądać historie sukcesu i jak ktoś był do dupy, a później w przypływie geniuszu zabrał się za siebie i wszystkim pokazał jaki to jest gość i miał racje. Wszystkie historie w filmach bazują na tym motywie i dlatego mają tak wielu fanów. Mają szczęśliwe zakończenia i pozwalają wierzyć, że to co robimy ma sens. Nie ma w tym niczego złego, ale sama wiara w to, że możesz być jak Rocky Balboa nie spowoduje, że osiągniesz efekty w jakiejkolwiek dziedzinie.

By je osiągnąć bardzo ważna jest świadomość tego w jakim miejscu się znajdujesz w swojej drodze do celu. Oprócz tego wiedza z jakiego punktu zaczynasz i dokąd chcesz dotrzeć. To proste! Dlatego każdemu radzę by odchudzanie zaczął od zmierzenia obwodów ciała. Po jakimś czasie trzeba zrobić to kolejny raz. I kolejny i kolejny! Obserwacja zwiększy Twoją świadomość, a to może przełożyć się na zmianę Twoich zachowań. Jeśli coś się zmienia w Twoim ciele, to znaczy że robisz wszystko ok i się tego trzymasz. Stoisz w miejscu i nic się nie zmienia? Więc coś trzeba zmienić. Szukać innych rozwiązań. Wejście tysiące razy na wagę w ciągu tygodnia, to nie jest mierzenie postępów i nigdy nim nie będzie! Pisałam już o tym we wpisie 5 mitów odchudzania.

Zmierz się miarą krawiecką, zrób zdjęcia, nagraj co jesz w ciągu dnia. Po jakiś czasie sprawdzaj co działa na Ciebie, co nie zdało egzaminu w dłuższej perspektywie czasu. Wyciągaj z tego wnioski. Bądź odpowiedzialna za swoje efekty!