Na temat odchudzania można napisać książkę, prowadzić lata specjalistycznych badań i snuć różne teorie. Niektóre będą głupsze, niektóre mądrzejsze. Niektóre będą służyć tylko temu, żeby wcisnąć magiczny produkt kolejnej grupie zdesperowanych kobiet. Mądro brzmiące sformułowania i wymuskane do granic możliwości zdania sprawią, że przyciągniesz swoją uwagę na dany produkt lub osobę. To normalne. Akceptuję to, że żyjemy w czasach, gdzie trzeba sprzedać swoją markę osobistą lub produkt. To naprawdę cudowne. Dla każdego jest miejsce w internecie. Każdy może promować swoje pomysły i trafić do większej grupy osób. Dzięki temu Ty też czytasz ten wpis 🙂

Nie akceptuję za to tego, że kiedy nie robię tego, co jest powszechnie uważane za coś, co powinno się robić w danej sytuacji, to od razu rzuca się do mnie grupa osób i traktuje jak wariatkę:

  • Jak to nie chodzisz na siłownię?!
  • Skończyłaś AWF że tak mówisz?!
  • I chcesz powiedzieć, że to nie jest wina genów?
  • Jakie znasz FIT przepisy?
  • A co z efektem jo-jo?
  • Jak chcesz schudnąć skoro nie ćwiczysz codziennie?!
  • I niby ile schudłaś tymi swoimi metodami?!

Wyobraź sobie teraz następującą sytuację. Uprawiasz jakąś dyscyplinę. Odkrywasz, że wszystko co do tej pory było w niej uczone, przynosi pewne rezultaty, ale odkrywasz sposób, który przynosi jeszcze lepsze. Ludzie związani z Twoją branżą kręcą głową, pukają się w czoło i utrzymują, że tak nie wypada. Duma i przyjęte standardy na to nie pozwalają. Dla Ciebie to święte krowy, którymi się nie przejmujesz. Ty wiesz swoje. Tak jak wiedział Dick Fosbury.

Read More